Przystań psychologiczna

Psychologia uczenia się, motywacji i wyborów życiowych

 
 

Kurs Sikory :: kursy maturalne :: Przystań psychologiczna :: Po co się uczyć... dla samego uczenia?


Po co się uczyć... dla samego uczenia?

"Radość rodzi się ze zgody na samego siebie"
(przeczytane na torebce herbaty)




Pytanie tytułowe należy do przewrotnych, wydaje się bowiem, że każdemu działaniu jakiś cel przyświecać musi. Jeśli iść na lody, to po to, żeby je zjeść, a nie dla przyjemności dojścia tylko do drzwi lodziarni. Jeśli wspinać się po górach, to po to, aby wejść na szczyty, a nie dla Syzyfowego wspinania się pod górkę. Jeśli się uczyć, to po to, aby zaliczyć rok, zdać maturę, dostać się na studia, i tak dalej, i tak dalej… Nawet muchę się łapie po to, żeby nie brzęczała koło ucha. Jak więc można mówić o czynności wykonywanej dla niej samej?

Ludzie porywu

Można. Spytajcie malarza, dlaczego maluje, poetę, dlaczego pisze wiersze, sportowca, dlaczego uprawia sport, podróżnika, dlaczego podróżuje, himalaistę, dlaczego wchodzi na K2. Wystawa obrazów, publikacje poezji, złoty medal, wydanie przewodnika czy zdjęcie w National Geographic być może są ważnymi celami tych działań, lecz nie pierwszorzędnymi. To właśnie podejmowanie takiej, a nie innej aktywności jest celem samym w sobie. Wykonywanie czegoś staje się nagradzające – daje satysfakcję, dumę, radość, a przede wszystkim porywa, angażuje i pochłania bez reszty. Cel tkwi w procesie, a nie w efekcie końcowym, przez co rośnie motywacja do bycia w procesie: malowania, pisania, uprawiania sportu, podróżowania, wspinaczki. O takiej motywacji mówi się, że jest wewnętrzna, autoteliczna, gdyż skupia człowieka na czynności „wewnątrz” niej samej. O takich ludziach mówi się często pasjonaci, wzdychając przy tym z zazdrością i żalem, że nie każdego pasja dopada i porwać raczy. Czyżby jednak?


Czas przypływu

pp_po_co_dla_samego_czas_przyplywu.gif Amerykański psycholog o mało amerykańskim nazwisku Mihaly Csiksztentmihalyi twierdzi, że każdy z nas choć raz w życiu przeżywa podobne doświadczenie. Dzieje się tak podczas wykonywania jakiejś czynności, która z osobistych przyczyn jest dla nas szczególna. Może to być równie dobrze granie w teatrze, jak rozwiązywanie zadań matematycznych, łowienie ryb lub programowanie, budowanie domu lub układanie kwiatów. Nasze umiejętności, nasza energia, całe nasze zasoby są wtedy w stanie maksymalnego zaangażowania w wyzwanie, jakie rysuje się przed nami. Koncentracja jest tak intensywna, że zapominamy o Bożym świecie, o własnych problemach, o głodzie, zimnie lub zmęczeniu. Ulega zachwianiu poczucie czasu, a czynność, którą wykonujemy, jest tak zadowalająca, że możemy kontynuować ją tylko dla niej samej, bez względu na zyski bądź straty. Csiksztentmihalyi nazywa takie doświadczenie przepływem, co w angielskiej wersji brzmi wdzięcznie flow. Przepływ wytwarza się najczęściej podczas takich aktywności, jak zabawa, gra, tworzenie sztuki, ale nie tylko. Podobne stany przeżywają chirurdzy w trakcie wielogodzinnych operacji, wyczynowi sportowcy w chwilach ogromnego wysiłku fizycznego, naukowcy w wirze intelektualnej pracy. Ogólnie mówiąc, działania wywołujące przepływ łączy kilka cech:
  • posiadają zasady,
  • wymagają opanowania określonych umiejętności,
  • dają możliwości rozwoju,
  • zapewniają informację zwrotną (że coś jest dobre, piękne, wartościowe, itp.)
Doświadczenie przepływu pojawia się, kiedy nasze umiejętności są odpowiednie do stopnia trudności zadania. Ktoś, kto lubi jeździć na rowerze, zanudzi się na śmierć, jeśli dostanie składaka i będzie mógł jeździć tylko po parkowej alejce, ale może przeżywać niepokój i lęk, jeśli stanie do wyścigu z zawodowym kolarzem. Tak jak dziecko rzuca w kąt trzykołowy rower, kiedy opanuje jazdę na dwóch kółkach, tak i my ćwiczymy swoje umiejętności i stawiamy sobie coraz to nowsze wyzwania. Tylko wtedy możemy podtrzymać przepływ, nie fundując sobie z jednej strony nudy, a z drugiej – nadmiernego niepokoju.


Pułapka spływu i odpływu

Jak pięknie byłoby robić w życiu tylko te rzeczy, które zapewniają przypływ, i nie troszczyć się o nic innego… Zapamiętale grać w warcaby, z zapałem pucować samochód, w kółko skakać na bangee jumping, bez końca pielić w ogródku… Ponieważ jednak wszyscy szybko pomarlibyśmy z głodu i wycieńczenia, wydaje się, że czasem trzeba sobie „odpuścić” przyjemności i zająć się przykrymi, nudnymi obowiązkami. Energia wprawdzie częściej wtedy odpływa niż przepływa, koncentracja szwankuje, a zadowolenie trzeba podkarmiać czekoladą, ale cóż, takie życie… Rzeczywisty problem polega na tym, że nie jest łatwo zamieniać zwykłe codzienne wydarzenia na doświadczenie przepływu. Wydaje nam się, że takie przeżycia są zarezerwowane tylko dla wielkich artystów, wielkich geniuszy i wielkich ryzykantów, a dla nas tylko od wielkiego dzwonu. Bardzo wyraźną linią oddzieliliśmy pracę od własnego rozwoju, obowiązek od rozrywki. Najpierw wkuwamy do granic wytrzymałości, potem odreagowujemy na trzydniowej imprezie. Pracujemy od poniedziałku do piątku z przerwą na nocną kawę, na weekend jedziemy skakać na linie z mostów albo wyleżeć się w ciepłych źródłach. Cierpimy na zobojętnienie z powodu nadmiaru bodźców (nic mnie nie cieszy) albo mamy trudności z koncentracją (nie wiem, za co się zabrać). Słowem, zamiast przepływu doświadczamy, jak wszystko po nas spływa…
To trochę owoc współczesności, gdzie praca bywa tyle warta, ile efekt końcowy, gdzie produktywność to zazwyczaj priorytet w zarządzaniu zasobami ludzkimi, gdzie ludzie często są zmuszeni do stawiania na wysokość zarobków, a nie na swoje zainteresowania i pasje.
Jaka szkoda, że w swojej cywilizacyjnej megalomanii nie potrafimy czerpać wzoru z kultur pierwotnych. „W trakcie ewolucji ludzkości każda kultura rozwijała zajęcia, których podstawowych celem było poprawianie jakości doświadczeń” – pisze Csiksztentmihalyi. W wielu dziś jeszcze żyjących plemionach nawet najcięższa praca jest nierozerwalnie połączona lub przeplatana zabawą, grą, odpoczynkiem, żywymi kontaktami społecznymi, rytuałami religijnymi. Każdy dorosły człowiek takiej społeczności jest po trosze robotnikiem i artystą. Śpiew, taniec, muzyka, opowieści towarzyszą polowaniu, uprawianiu roli, budowaniu domostw, pracom gospodarskim. Czasem przepływ staje się stylem życia i receptą na przetrwanie plemienia. Jedno z kolumbijskich plemion indiańskich przeprowadza się co 25-30 lat w inne miejsce, by… znajdować nowe wyzwania w nowym otoczeniu, gdyż jak twierdzi starszyzna plemienna, czasem świat staje się już zbyt przewidywalny i życie traci sens.

Napływ znaczenia

Wzorem kolumbijskiej starszyzny można powiedzieć, że to właśnie odświeżanie sensu i nadawanie znaczenia wydarzeniom, czynnościom, momentom naszego życia jest antidotum na nudę i niepokój. Csiksztentmihalyi proponuje krok iście stumilowy ku rozwiązaniu problemu: „Krok ten to przekształcenie całego życia w jednolite doświadczenie przepływu”. To z pozoru wykonanie szpagatu, ale przecież szpagatu można się nauczyć. Od czego zacząć? Od poszukiwania tego, co gdzieś w głębi naprawdę nas porusza, pociąga, zachwyca i porywa. Co jest naszym wyzwaniem, z którym gotowi jesteśmy się zmierzyć. Może to być „stworzenie największej kolekcji puszek po piwie, znalezienie lekarstwa na raka czy po prostu posiadanie dzieci, które będą żyły szczęśliwie.” Cel ten (lub cele) musi być w naszym poczuciu wart inwestowania, mieć jasno wyznaczone zadania, zasady działania i zapewniać zaangażowanie. Takich celów nie odkrywa się w jeden dzień, a dookreślanie ich może trwać przez całe życie, ale… co ciekawszego pozostałoby nam, gdybyśmy wszystko odkryli już dzisiaj?

Ola Lemańska
Ela Miodunka


Literatura:
Csiksztentmihalyi, M. (1996) Przepływ. Jak poprawić jakość życia. Warszawa: Wydawnictwo Studio Emka